Małe co nie co
Kuchnia... zaraz, zaraz, coś mi świta. Tak mi się jakoś kojarzy, że to takie miejsce/pomieszczenie, w którym odnosimy swoje małe sukcesy kulinarne. Czasami są też porażki, ale to szczegół ;] Tego właśnie pomieszczenia byłam pozbawiona przez jakiś czas. Ale spoko. Nie ubolewam nad tym faktem, gdyż kosztowałam całkiem innych przyjemności. Jednym słowem nie byłam zaabsorbowana garami, tylko robiłam za turystkę. Ale dość tych zachwytów nad własną osobą. Czas zająć miejsce przy rondlach i owocnie z nimi współpracować ;] Zaczynam małymi kroczkami. W końcu po takim lenistwie, gdzie człowieka (tak, tak, kobieta też człowiek:) obsługiwali, podawali, dogadzali... rany, bosko było ;], trzeba wdrażać się powolutku. I tak na początek wymyśliłam malutki, acz smaczny deser. Takie małe co nie co, które można nawet zabrać ze sobą do pracy. Niewiele przy tym roboty, słowo! Co, nie wierzycie? Poważnie, dalej macie wątpliwości? Sprawdźcie sami, czy n...